Powtórka z historii

 

czata 2015 01 36W tym roku w dniach 6‑7 marca w Rydze odbyły się już 22. Z awody Strzeleckie Państw NATO. Wyjazd nasz na te zawody od początku napotykał na bardzo wiele trudności różnej natury. Przede wszystkim panująca od paru miesięcy w Polsce plaga infekcji przetrzebiła nasze szeregi do takiego stopnia, że musieliśmy trzy razy montować dwie drużyny z planowanych czterech. W końcu sięgnęliśmy do „zapasów wojennych” w osobie ppłk. (w st. sp), podharcmistrza, żołnierza Szarych Szeregów, uczestnika powstania warszawskiego, kol. Władysława Gajewskiego, 88‑letniego seniora. Z Warszawy wyjechaliśmy w środku nocy, żeby zobaczyć w Wilnie obchody święta św. Kazimierza, czyli „Kaziuki”. Spotkał nas jednak zawód. To była środa, dzień powszedni, a obchody miały rozpocząć się dopiero o godz. 17. W dodatku zaczął padać deszcz ze śniegiem. Dla naszej „kompanii” – jak w pieśni – „nie ma przeszkód i nie ma złych dróg”. Pozostało nam plenerowe zwiedzanie miasta. Poprzednio zwiedzaliśmy niektóre zabytkowe wnętrza z przepięknymi polskimi obrazami i rzeźbami. Teraz w zwiedzaniu pomógł nam jeden z naszych kolegów, który znał Wilno. Na Rossie, polskim cmentarzu, poznaliśmy młodego sympatycznego, biednego człowieka, sierotę, pół Polaka (matka była Litwinką) z polską duszą. Wychowywał się w Domu Dziecka, tam chyba też nadal mieszka, a oprowadzając Polaków po Rossie zarabiał na wycieczkę do Gdańska. Widać było, że mówi prawdę. Wzruszył nas i przekazał nam wiele informacji. W Wilnie nadal żyje język polski. Było to kiedyś całkiem polskie miasto, zamieszkałe w 95 % przez Polaków. Wszelkie zabytki w Wilnie były fundowane przez polską magnaterię czy arystokrację. Być w Wilnie i nie pokłonić się Matce Boskiej w Ostrej Bramie byłoby świętokradztwem, a my jesteśmy w miarę pobożni (tak nam się przynajmniej wydaje). Poleciliśmy się Jej opiece oraz naszych etatowych pracowników z LOK‑u. W przypadku naszych zawodników w znacznym stopniu modły chyba zostały wysłuchane. Następnie wspięliśmy się na panujące nad miastem Wzgórze Gedymina oraz zwiedziliśmy jego zabudowę. Zmęczeni i zmoczeni nie czekaliśmy już na „Kaziuki”, lecz obraliśmy azymut – Nord. Po drodze zobaczyliśmy trochę prawdziwej zimy, nie takiej jaką mieliśmy w tym sezonie w centralnej Polsce.

Do Rygi dojechaliśmy już w nocy. Aura była chłodna, ale wiosenna. Ryga zawsze była dla nas gościnna, bardziej niż za panowania Wazów. To ładne stare miasto i jak na północy z licznymi drewnianymi domami. Kryzys odcisnął swe piętno na elewacjach wielu budynków. Łotysze są sympatyczni w stosunku do nas, choć niepokojąca jest statystyka – 60 % mieszkańców stolicy to Rosjanie. Gród ten przed czterema wiekami należał do Rzeczypospolitej. Ziemie południowych Inflant w 1561 r. dał jako lenno Rzeczypospolitej wielki mistrz krzyżacki Gotard Kettler. Inflanty nęciły bez podstaw prawnych zarówno Iwana Groźnego, jak i S zwedów. Mości panowie, działo się wtedy w tych Inflantach. Sejm nasz inkorporował w 1600 r. Estonię. Za czasów Jagiellonów, Batorego i Wazów po błoniach Inflant rzucali chorągwie husarskie to na Szweda, to na Moskala wielcy nasi hetmani, tacy jak Jan Zamoyski, Konstanty Ostrogski, Krzysztof Radziwiłł „Piorun”, Jan Karol Chodkiewicz i inni. Kopyta husarskich koni ryły ziemię pod Orszą, Kłuszynem, Pskowem, Kokenhausem, Parnawą, Dorpatem. Białym Kamieniem, Kircholmem i nie tylko. Łza się w oku kręci. Sienkiewiczowski stary Kiemlicz westchnąłby ze świętym przekonaniem: „Panienko Najświętsza – nasze!” To historia, ale historię tę celebrujemy i 2‑3 razy w roku odwiedzamy pola Kircholmu (od 1917 r. Salaspis – przedmieście Rygi). W minionym roku również Parnawę (Parnu), Dorpat (Tartu) i inne miejsca. Każdy z nas zabrał ze sobą relikwię – grudkę ziemi z pól Kircholmu. Uczestników naszej ryskiej wyprawy zaopatrzyliśmy w obszerne opracowanie na temat bitwy pod Kircholmem (27 września 1605 r.). Znajomość bohaterskich czynów naszych przodków to wychowanie patriotyczne, a to nasz statutowy obowiązek, o którym niektórzy zbyt często zapominają. Historia w jakimś stopniu się powtarza. Wojska Rzeczypospolitej nie raz były marnie opłacane lub wcale nie były. Ta tradycja jest kontynuowana – my przez naszych „wodzów” w ogóle nie jesteśmy finansowani. Z naszej strony jest to czysty patriotyzm – pro publico bono, a z drugiej? Żyjemy zarówno historią, jak i współczesnością. Tam, na północy Europy mamy liczne kontakty z organizacjami, grupami społecznymi, a nawet osobistościami. Znają nas, szanują i cenią bardziej niż niektórzy w naszej organizacji. Teraz w Rydze dowiedziała się o naszym pobycie ekskluzywna studencka korporacja, która chciała poznać Polaków, przedstawicieli polskiej armii i organizacji paramilitarnej. Zaprosili kilku z nas na spotkanie chcąc dowiedzieć się o nas czegoś więcej. Zostaliśmy przyjęci z pełną atencją i życzliwością. Wystąpienie moje (rosyjski, angielski) zostało przyjęte z dużym zainteresowaniem. Spodobało się im to, że mieli przed sobą byłego nauczyciela akademickiego. Pamiątkowe podziękowanie po spotkaniu, które skreśliłem na ich firmowym papierze zostało od razu oprawione i powieszone na ścianie. Czegoż więcej można by się spodziewać po pierwszym spotkaniu ze studencką bracią z dalekich Inflant?

czata 2015 01 37
Pierwsze miejsce zajęła polska reprezentacja w składzie: Marek Krotowicz, Mirosław Florczak i Jerzy Urbaniak

Na ryskie zawody strzeleckie przyjechaliśmy już siódmy raz, podobnie jak nasi koledzy z Rybnika, którzy przyjechali wraz ze swym dyrektorem Śląskiej Organizacji Wojewódzkiej LOK ppłk. Ryszardem Kasprzykiem. Natomiast koledzy z KŻR z Gdyni z kom. por. Markiem Krotowiczem przyjechali na te zawody pierwszy raz. Większość polskiej ekipy znała się już wcześniej ze strzelnic krajowych i europejskich. Tradycyjnie spotkaliśmy się z naszymi przyjaciółmi z E stonii. Poza nimi i gospodarzami zawodów przyjechali także Duńczycy, Holendrzy i Litwini, których od wielu lat nie było. Ci ostatni, o dziwo, sympatyczni i kontaktowi, tłumaczyli się, że ich przełożeni nie interesują się zbytnio takimi imprezami, a zwłaszcza wspieraniem ich finansowo. Pocieszyliśmy ich, że my mamy te same problemy i trzeba liczyć na siebie, a jak ma się „za miedzą” także fajne imprezy, to na nich zawsze spotkają sympatycznych Polaków. Na pamiątkę daliśmy im w dowód sympatii kilka odznak strzeleckich PZSS .

Nazajutrz rano odbył się trening strzelecki na trzech osiach na krytej strzelnicy Łotewskiej Federacji Strzeleckiej. Strzelanie jak na zawodach, lecz bez reżimu czasowego. Strzelnica z pełną elektroniką, na każdym stanowisku monitor. Warunków takich LOK w Warszawie mieć nigdy nie będzie. Koszt startu w zawodach wraz z treningiem to 20 euro.

W trakcie zawodów od lat rozgrywane są te same konkurencje:
1. Pistolet maszynowy Carl Gustav (Szwecja), postawa leżąc bez podpórki, odległość 50 m, 5 strzałów próbnych, 3 serie po 10 strzałów.
2. Pcz. SIG ‑Sauer (Szwajcaria – Niemcy), 20 m, 5 próbnych strzałów, 8 strzałów stojąc i 8 strzałów klęcząc, w łącznym czasie 4 minut.
3. Psp. Margolin (Rosja), strzelanie szybkie, 20 m, 6 serii po 5 strzałów w czasie 12, 10, 8 sekund.

Wieczorem kierownik zawodów zaprosił wszystkich zawodników zagranicznych i organizatorów zawodów na uroczystą kolację, która przebiegała w miłej, serdecznej atmosferze. Wieczór uświetnił występ zaimprowizowanego chóru, który a cappella zaśpiewał wiązankę pieśni legionowych pod kierownictwem kpt. (w st. spocz.) Adolfa Siemaszkiewicza. Wypadło to całkiem dobrze, mimo że nie było prób. Potwierdziła się odwieczna opinia o Polakach, że są mistrzami improwizacji.

 
czata 2015 01 39
Polska reprezentacja na zawodach w Rydze

Zawody rozpoczęły się po oficjalnym otwarciu, odegraniu i odśpiewaniu łotewskiego hymnu narodowego. Każdy z zawodników miał określony czas startu w każdej konkurencji, więc zawody przebiegały w największym porządku. Niektórzy nasi organizatorzy KŻR mogliby to zobaczyć, może w końcu czegoś by się nauczyli. Największe szanse mieli Łotysze: opanowanie własnej broni (oni nie musieli szukać punktów celowania), no i było ich dużo. Utarło się porzekadło, że zespoły przyjezdne wystawiają po 2‑3 drużyny, a Łotysze 23 drużyny. Łotysze strzelali następnego dnia od rana, a konkurencja finałowa dla reprezentacji narodowych, które stanowiły trzyosobowe drużyny, rozpoczęła się w południe.

Do finału staraliśmy się wybrać optymalny skład, czyli tych, którzy sprawdzili się dnia poprzedniego. Byli to koledzy: Marek Krotowicz, Jerzy Urbaniak i Mirosław Florczak. W finale powtórzono konkurencję strzelania szybkiego. Każdy zawodnik z drużyny miał do odstrzelania dwie serie po pięć strzałów w czasie 12, 10 i 8 sekund. Gospodarze jak zwykle byli faworytami. Początek u nas był słaby, później było całkiem dobrze, a końcówka była rewelacyjna. Drużyna uzyskała 41‑punktową przewagę nad drugim zespołem, Holendrami, którzy wyprzedzili o 9 pkt. drużynę duńskiej marynarki wojennej, a ci o 13 pkt. Estończyków. O dziwo, Łotysze w tej rozgrywce przepadli. Sędzia główny próbował coś kombinować, ale mu nie wyszło.

Drużyna polska uzyskała 605 pkt., holenderska 564 pkt., duńska 555 pkt. Po 21 latach hegemonii Łotyszy na tych zawodach polska drużyna rozgromiła wszystkich. Pokonaliśmy niepokonanych. Po 410 latach powtórzyła się historia. To był polski Kircholm 2015.

Na uroczystym zakończeniu zawodów w pierwszej kolejności został uhonorowany senior zawodów, nasz kolega ppłk Władysław Gajewski, paterą z wygrawerowanym okolicznościowym napisem. Następnie wręczono puchary dla zwycięzców poszczególnych konkurencjach. Przed zamknięciem zawodów przedstawiciel zwycięskiej drużyny zabrał głos, podziękował organizatorom za dobre przeprowadzenie zawodów, podkreślając ich rolę w integracji państw armii i organizacji paramilitarnych NATO oraz w umacnianiu przyjaźni między nimi dla dobra wspólnej Europy. Dziękowaliśmy w języku rosyjskim i angielskim wraz z komandorem Krotowiczem, a organizatorom wręczyliśmy cenne pamiątki. Kierownikiem zawodów i mistrzem ceremonii był dowódca Łotewskiej Gwardii Narodowej Andris Kulikovskis.

  Janusz Krugły
   
  powrot